Opowieść już długa nie będzie, bo nie ma sensu jej przeciągać. Do końca pobytu w Odessie wakacje upływały nam pod znakiem słońca, wygłupów na plaży i narastającego żalu że niedługo będziemy musieli się pożegnać z tym przyjaznym krajem. W dzień wyjazdu panował największy upał, który dosłownie wywracał nas na glebę. Na dworcu o 19:00 było 38 stopni w cieniu. Przed wyjazdem obowiązkowe zakupy, pamiątki i ostatnie piwo w obskurnym barze przed stacją. W pociągu zajmujemy rozstrzelone po wagonie miejsca, przy czym temperatura jest dwukrotnie bardziej odczuwalna niż na zewnątrz. Dzieci mdleją, okna się nie otwierają, a my testujemy wagon restauracyjny. Dobre zimne piwko i zmrożona wódka, standard zamawianego zestawu to butelka piwa + setka wódki, niektórzy przynoszą swoją. Gdy w wagonie pojawia się hałaśliwa wycieczka z Polski ewakuujemy się i kręcimy filmik z przejścia przez cały pociąg.
W nocy tragedia, ja nie mogę spać z gorąca, Bobek i Mały buszują po wagonie czym doprowadzają konduktorkę (każdy wagon ma swojego prowadnika – czyli konduktora) do białej gorączki. Jakoś przemęczamy się do rana, zamawiamy herbatę z samowara i wysiadamy we Lwowie. Pogoda jakaś bardziej europejska, zostawiamy plecaki w przechowalni i idziemy na miasto w poszukiwaniu mapy. Jest wczesna godzina i do tego niedziela, więc poza rejonem dworca nie ma zbyt wielu ludzi. Trochę na czuja trochę dopytując kierujemy się do centrum. Wreszcie udaje się kupić mapę i jak tylko ją rozwijamy pojawia się koło nas starszy pan – Polak, który oferuje swoje usługi przewodnickie. Przeprowadza nas przez kilka ulic, pokazując interesujące miejsca, sprzedaje nam przewodnik po polsku po czym ewakuujemy się na Cmentarz Łyczakowski. Dołączamy do jakiejś grupy z polskim przewodnikiem i zwiedzamy nekropolię-muzeum słuchając bardzo ciekawych opowieści związanych z pochowanymi tam ludźmi. Łapie nas deszcz, chowamy się pod drzewem gdzie spędzamy kilkanaście minut z grupą Ukraińców gdzieś z prowincji ( to tak jak my:). Wypytują nas o wszystko, jak się żyje w Polsce, czy widzimy różnicę pomiędzy życiem w obu krajach, jak nam się podoba na Ukrainie, czy lubimy Ukraińców. Po miłej pogawędce idziemy na tramwaj i jedziemy do rynku.
Siadamy w ogródku, pijemy piwko, ale pogoda wygania nas do muzeum, które znajduje się w jednej z narożnych kamienic. Okazuje się w środku, że to bardzo nacjonalistyczne i prorosyjskie muzeum i historia kraju przedstawiona jest jako walka z polskim najeźdźcą i podkreśla się w nim dobroczynny wpływ ugody perejesławskiej. Panie kustoszki też jakieś takie niemiłe i ciągle za nami chodzą, zmieniamy szybko miejscówkę i trafiamy na pchli targ z pamiątkami z czasów ZSRR. Znowu dopada nas deszcz i trafiamy do świetnej pizzerii, w dodatku obwieszonej szalikami z klubów piłkarskich z całego świata. Z polskich są bodajże Zawisza Bydgoszcz i Lech Poznań. Przy okazji następnej wizyty we Lwowie przywieziemy szalik Górnika. Jesteśmy już trochę zmęczeni, ale wybieramy się na kopiec Unii Lubelskiej, skąd podobno rozpościera się wspaniały widok na miasto. I tak faktycznie jest. A kopiec obudowany jest kawałkami murów zamku postawionego jeszcze przez Kazimierza Wielkiego. Szkoda, że gdy go budowano nie pomyślano, że zamek wielkiego nie tylko z nazwiska polskiego króla może być wspaniałym zabytkiem. Schodząc dajemy się skarykaturować Arturowi – polskiemu malarzowi, który stoi pod szczytem. Przy okazji zostawiamy aparat fotograficzny, po który wracamy po 20 minutach, a on okazuje się że jeszcze czeka na nas pomimo tłumów na wierzchołku. Wracamy z buta na dworzec, zahaczając po drodze sklep, gdzie próbuję soku brzozowego sprzedawanego na szklanki. Pod dworcem jeszcze trochę zakupów, wsiadamy do busa na granicę, no i oczywiście znika Bobek, który pobiegł do ubikacji. Kierowca się denerwuje, wsiada jakiś nawiedzony, który modląc się w bardzo ekspresywny sposób wyciąga od nas jakieś drobne, w końcu jesteśmy w komplecie i jedziemy na granicę. Tam ostatni obiad, zakupy na prezenty i jeszcze mały przemyt przez granicę. Na szczęście ze swoją opalenizną różnimy się od mrówek i kontrola graniczna to tylko formalność. Żegnamy Ukrainę na rok.
Poniżej ponad 100 zdjęć z ostatniego dnia w Odessie i jednego dnia we Lwowie. Kolejność losowa.
Ceny: kurs 42 grosze – 1hr obecnie 35 groszy
piwo – od 2,8 hr w sklepie do 10 hr w barze
rejs łodzią – 50 hr
leżak na plaży – 10 hr za dzień + 10 hr za materac
rower wodny – 35 hr za godzinę
kuszetka w nocnym pociągu Lwów -Odessa 77 hr
sobieski 0,5 l – 20 hr
litr wódki blagoff – 28 hr
przekąski z suszonych ryb lub wodorostów – 4 – 10 hr
sharma (taki kebab zawijany w placek) 18 – 22 hr
płow (kociołek z kaszą i mięsem) – 20 hr
napój energetyczny z alkoholem 8% - 8 hr
porcja pierogów lub uszek – 10 hr
kompletny obiad z dwóch dań plus kompot w barze na plaży – 20 hr
hot dog – 10 hr
lody – 5hr na plaży, w sklepie 2-4 hr
bilet na autobus – 2hr
bilet na tramwaj we Lwowie – 1-2 hr
zwiedzanie cmentarza Łyczakowskiego – 5hr
bilet do muzeum we Lwowie – 3 hr
serek topiony hochland – 16 hr!!!(drogo)
mleko łaciate 1L – 6 hr
zestaw przypraw na targu – 10hr
bakłażan zapiekany na targu – 4hr porcja
t-shirt zwykły na targu – 50 hr
materac dmuchany mały – 35 hr
Na zakończenie jeszcze dwa krótkie filmiki z naszej ukraińskiej kolekcji ;)