To nie jest tekst związany z rocznicą napaści Niemiec Hitlerowskich na Polskę, choć nasze dworce kolejowe i ich otoczenie wyglądają jakby to był skutek zawieruchy wojennej. Łukasz Biederman, laureat konkursu Blog Day 2011,twórca blogu „Rewiry paranormalne”, miałby tutaj szerokie pole do działania. Co się stało z koleją - oto jest pytanie?
Parę lat temu znalazłem się z „wizytą przyjaźni” polsko-czeskiej w miasteczku Česka Trebova. To duży węzeł kolejowy, podobny jak Kamieniec Ząbkowicki. Kolej jest tam „oczkiem w głowie” władz miejskich i całej społeczności, bo daje pracę i jest fundamentem rozwoju miasta. Nic więc dziwnego, ze najważniejszym punktem programu była wycieczka na stację kolejową, ale nie po to, by oglądać dworzec i pociągi na peronach, ale centrum zarządzania ruchem pociągów. Pamiętam z jakim przejęciem i dumą opowiadali Czesi o rozbudowie i unowocześnieniu kolei nie tylko zresztą w ich mieście, ale w całym kraju. Patrzyliśmy na to z miną wyższości i pobłażania. U nas kolej odstawiało się do lamusa jako przeżytek. Była nierentowna, przynosiła straty, wymagała kolosalnych nakładów finansowych. Czesi argumentowali, że u nich też kolej jest dofinansowywana z budżetu państwa, ale to się opłaca, bo ogranicza się przewozy towarów ciężkimi samochodami, bo kolej usprawnia komunikację, ułatwia tanie dojazdy do pracy i do szkoły, a ponadto daje zatrudnienie setkom tysięcy obywateli. Bez sprawnej, nowoczesnej kolei nie wyobrażali sobie dalszego rozwoju kraju.
Odbyłem właśnie podróż pociągiem kolei regionalnych z Wałbrzycha Miasto do Wrocławia Głównego. Był taki czas, kiedy na tej trasie jeździłem często. Końcową stacją we Wrocławiu był wtedy Dworzec Świebodzki. Pociągi kursowały regularnie, na stacjach wisiały rozkłady jazdy z oznaczeniem godzin, peronów i torów. Pisanie o tym, że na dworcach były kasy biletowe, poczekalnie, bufety, kioski „Ruchu”, kwiaciarnie i wiele innych udogodnień, chyba nie ma sensu, tak samo jak o ogromnej popularności tego środka lokomocji w tamtych czasach
W Wałbrzychu nabyłem bilet w pawiloniku na peronie, bo dworzec Wałbrzych Miasto jest w remoncie. Jeśli dzieje się tak, że odbywa się remont jestem jako pasażer gotów ponieść wszystkie konsekwencje i czekać na pociąg na peronie.
Pociągiem do Wrocławia nie podróżowałem juz od wielu lat. Czytałem tylko w prasie, że na kolei jest coraz to gorzej, nie ma jednego gospodarza, kolej bankrutuje, dworce kolejowe popadają w ruinę. I rzeczywiście, to co zobaczyłem z okien pociągu budzi przerażenie. Trasa kolejowa zarośnięta bujnymi trawami i krzewami nie ruszanymi od lat. Dworce kolejowe, dawne perełki architektoniczne w takich miastach, jak Wałbrzych-Szczawienko, Świebodzice, Jaworzyna, Żarów i dalej do Wrocławia, to obraz z filmów - grozy. Można było się wszystkiemu napatrzeć, bo pociąg jechał znacznie wolniej niż pół wieku temu.
W wielkim Wrocławiu to samo. Dworzec Główny w remoncie. Podróżni podziemnym przejściem wychodzą „na miasto” i są zdani na własną intuicję. Gdzie się ruszyć? Ruch, rozgardiasz, hałas, jakieś podjeżdżające autobusy, taksówki. Okazuje się, że jesteśmy z drugiej strony dworca kolejowego. Do centrum trzeba szukać drogi. Policja ze swoimi samochodami chowa się w niszach pomiędzy budynkami po to by polować na osoby, które z pośpiechu i roztargnienia nie zważają na znaki drogowe. To w dalszym ciągu „chłopcy-radarowcy” jak w piosence Rosiewicza. A nam się marzyło, że wyjdą do ludzi, by im służyć pomocą, że będą zapobiegać, a nie tylko wypisywać mandaty. Część ludzi z zadartymi głowami śledzi zawieszony na zewnątrz ściany rozkład jazdy pociągów. Są tam godziny przyjazdu i odjazdu, nie ma peronów i torów. Megafony ryczą tak przeraźliwie, że właściwie nic nie można zrozumieć. Nad wszystkim unosi się potężny huk spycharek i ładowarek „Budimexu” i komunikacji miejskiej.
W pewnym momencie poczułem się jak w zupełnie obcym, paranormalnym, egzotycznym świecie. Odżyły dawne ponure wspomnienia z radzieckiego Lwowa lub Bukaresztu, o które się otarłem w czasie pierwszych podróży zagranicznych pociągiem lub „maluchem” w latach siedemdziesiątych.
Nie będę więcej absorbował moich Czytelników opisem perypetii powrotnych. Pociągiem wracałem w późnych godzinach wieczornych, tylko dzięki temu, że cudem udało mi się go odnaleźć na ostatnim peronie. W samym pociągu nie było przepełnienia. Tu czułem się swojsko, bo tak samo podróżowałem kilkadziesiąt lat temu. Na kolei czas stanął w miejscu, albo począł cofać się do tyłu.
Jak to się stało, że koleje żelazne, dawna chluba i symptom nowoczesności zniknęły z pola widzenia władz państwowych i samorządów lokalnych? Kto dopuścił do tego, że w tym resorcie tak ważnym dla gospodarki kraju stały się rzeczy niepojęte, prywatyzacja w stylu barbarzyńskim, najgorsze co mogło się przydarzyć na drodze tak zwanej transformacji gospodarczej?
I jeszcze jedna konstatacja. Jak może tolerować to wszystko, co się dzieje w otoczeniu dworca głównego we Wrocławiu? Miasto aspirujące do unijnych standardów stolicy kultury? Czy jakikolwiek remont musi równać się z kompletnym chaosem, dezinformacją, zagrożeniem bezpieczeństwa i narażaniem podróżnych na karkołomne gonitwy po peronach w poszukiwaniu pociągu?
Odpowiedź na to jest tylko jedna. Nasi samorządowcy nie jeżdżą pociągiem. Pociąg jest dla plebsu, który i tak przyjdzie na wybory z różnych innych powodów, a jak nie przyjdzie, to wybiorą się sami. Taka jest demokracja i nikt nie wymyślił nic lepszego – twierdzą w telewizji panowie – polityce w jedwabnych koszulkach. Czy aby na pewno?
Stanisław Michalik