Ogromny zawód sprawił swoim krajanom Sebastian Janikowski, słynny kopacz zespołu futbolu amerykańskiego Oakland Raiders z ligi NFL. Przez dwa tygodnie pobytu w Polsce, nie znalazł ani chwili, by spotkać się w rodzinnym Wałbrzychu z ludźmi, pod okiem których rozpoczynał karierę. Jej dotychczasowym ukoronowaniem był występ Janikowskiego w finale Super Bowl, największego sportowego wydarzenia za oceanem.
Kazimierz Staszewski od wielu lat po dziś dzień organizuje rozgrywki piłkarskie na wałbrzyskim Podzamczu, skąd wywodzi się Sebastian, który był zawodnikiem jednej z drużyn popularnego „pana Kazia”.
- Jestem bardzo rozczarowany i przykro mi, że Sebastian nie chciał zamienić ze mną nawet kilku słów. Zostawiłem swój telefon jego stryjowi, Sebastianowi Janikowskiemu który gościł na Podzamczu swojego bratanka z jego mamą, dziewczyną i menedżerem. Czekałem z nadzieją, ale bezskutecznie. Wielki świat wciągnął Sebastiana bez reszty. A ja przechowuję jak relikwię kawałek słupka złamanego jego strzałem – mówi rozżalony.
Sygnału od Janikowskiego nie doczekał się także Zbigniew Górecki, który trenował go w zespole juniorów Zagłębia Wałbrzych i zastępował mu ojca, gdy Henryk Janikowski wyemigrował do USA.
- Zapewne nigdy się już nie zobaczymy, nie będzie okazji – stwierdza ze smutkiem.
Na chociaż krótki kontakt z Janikowskim liczyli również inni jego koledzy i znajomi i kibice, w tym niżej podpisany, który jako pierwszy poinformował wałbrzyszan o wspaniałych dokonaniach ich ziomka oraz przez kilka lat „pilotował” je w miejscowej prasie (swego czasu miałem bardzo dobry kontakt z jego mamą, Haliną, która zapewniała, że jej syn nie zapomniał, skąd się wywodzi). Z pewnością z honorami przyjęłyby go wałbrzyskie władze. Wiadomo, że trudno byłoby zadowolić wszystkich, ale Sebastiana nie stać było na najmniejszy nawet gest i najkrótszy sygnał. Janikowski potraktował wszystkich czarną polewką. Pozostał niesmak.
Andrzej Basiński