
Ciepłe brzmienie gitary akustycznej świetnie pasowało do atmosfery, jaka panowała w Zamku. Myrra Rós i Peter Uhlenbruch, to prawdziwe, naturalne talenty. Choć pochodzą z antypodów, tworzą bardzo spójne połączenie. Zdecydowanie warto było przyjść i posłuchać. W przyszłości będziemy informować o podobnych wydarzeniach.
Myrra Rós, to islandzka wokalistka i kompozytorka, która wkrótce wydaje swoją pierwszą płytę. Jako support jeździ z nią Peter Uhlenbruch, tworzący jednoosobowy zespół Owls Of The Swamp, mający w dorobku album „Go with River” wydany w ubiegłym roku. To prawdziwe, naturalne talenty. Mają świetny wokal i potrafią grać na gitarze. Ich fingerpicking robi wrażenie. Takiej muzyki nie usłyszymy w popularnych stacjach radiowych. Na dodatek są dostępni w znanych serwisach społecznościowych (MySpace, Soundcloud, Facebook), gdzie można posłuchać części ich dorobku.
Ciepłe brzmienie gitary akustycznej świetnie pasowało do atmosfery, jaka panowała w Zamku. Salę Maksymiliana ogrzewały dwa kominki. Chwilami słychać było trzaskające drewno. – One fire on the left, and one fire on the right [ogień po lewej i ogień po prawej] – zażartował na początek swojego występu Peter Uhlenbruch, który rozpoczął koncert.

Wystarczył wokal i gitara akustyczna. Jego styl gry (podobnie jak u Eddiego Veddera z Pearl Jam) jest oparty na grze palcami jednocześnie na strunach basowych i wiolinowych. Mocny i wyrazisty wokal wypełniał salę świetnie współgrając z gitarą. Muzyk przyznał, że nie jest przyzwyczajony do temperatur, jakie zastał w Polsce. – Moi znajomi pytają mnie na facebooku, czy jeszcze żyję – żartował między utworami – w Australii temperatura w zimie nie przekracza kilku stopni poniżej zera. Kilka utworów wykonywał razem z Myrrą.
Po zejściu Petera ze sceny Islandka przyznała, że pierwszy raz występuje w zamku. Część utworów wykonała sama, grając na gitarze, część z basistą. Rozpoczęła natomiast od kompozycji na fortepianie. Po surowym brzmieniu swojego supportu wniosła na scenę nieco lekkości. Obojgu nie brakowało emocji. Każdy utwór miał swoją historię. Choć ta muzyka pochodzi z zimnej Islandii, jest ciepła i poruszająca.

Dzięki temu, że część utworów była wykonywana w nieznanym nam języku islandzkim, mogliśmy w pełni skupić się na odbieraniu samej muzyki. Nie przeszkadzało wsłuchiwanie się w znaczenie słów, a wokal stanowił jakby odrębny instrument. Ciekawe doświadczenie dla ucha przyzwyczajonego do języka angielskiego.
Ciekawostką jest wykonany na zakończenie cover… Beaty Kozidrak. Islandzka artystka zaśpiewała bowiem „Myśli i słowa” po polsku. Choć niektóre „słowa” zdołała nieco przekręcić, był to sympatyczny akcent wieczoru. Widownia, mimo większości zapełnionych miejsc, nie była zbyt liczna. Szkoda, bo w Zamku na takich koncertach panuje wyjątkowa atmosfera. Zdecydowanie warto było przyjść i posłuchać. W przyszłości będziemy informować o podobnych wydarzeniach.